tęsknota

Przejrzałam szybko w głowie mój kalendarz i nagle się okazało, że mam wolny weekend.

wolny weekend? trzeba gdzieś wyjechać!  już prawie pakowałam się w góry, kombinowałam kogo by tu nagle odwiedzić i co tu ciekawego wymyślić, a w końcu weekend już po wypłacie to tym bardziej… ale przecież ostatni delegacje totalnie mnie wymęczyły. Nie chciałam już nigdzie wyjeżdżać… To za czym tęsknie? Łatwo się domyśliłam, że króciutki pobyt w lesie obudził tęsknotę. Po prostu zrywanie kwiatków i plecenie wianków; zamiast siedzenie przy stole na imprezie integracyjnej w pracy  dużo bardziej cieszyło. To właśnie obudziło tą tęsknotę.W końcu ile ja dni spędzałam w każde lato w totalnej wolności leśno-polnej ;) Obozy harcerskie, kursy, biwaki, spływy i inne wypoczynki na łonie natury.  Lubię czuć trawę pod stopami, zrywać kwiaty i czuć ta letnią wolność do niczego innego nie podobną. Pachnącą spokojem i latem. Wolnością, słońcem i swobodą. Już odliczam dni do kolejnego takiego wypadu. Choć na chwilę móc znów być  stworzeniem polno-leśno-błotnym ;)

 

Kompromisy

 

(ikona napisana przez członków wspólnoty Cenacolo)

Dziś też będzie refleksja nad bardzo dobrą książką. Długo się zbierałam by znów coś napisać, bo nie ukrywam, że ostatniej notatki się trochę wystraszyłam (tak że postanowiłam ją ukryć..). Czasem nie wyczuwam granicy co mogę opublikować, a co powinno zostać dla mnie. Mam wrażenie, że nasze życie nie jest dla nas samych, ale dla także dla innych by mogło być świadectwem Bożej miłości. Ukryty post był o małżeństwie. Po jego publikacji napisał do mnie ktoś, kto chyba myślał że to było ogłoszenie :)  Nie miałam takich intencji . Chciałam dać świadectwo tego jak święty Józef działa  w moim życiu na różne sposoby.

Miało być o książce …

Trafiła w końcu w  moje ręce książka Dotknij Boga. Książka jest relacją z podróży bez pieniędzy i bez dokładnego planu. Autor obrał sobie za cel poznanie miejsc gdzie można doświadczyć Bożej miłości na co dzień. Cała książka jest warta uwagi, ale najbardziej zapadła mi w pamięć relacja autora z pobytu w domu wspólnoty Cenacolo.  Z włoskiego znaczy to ‚wieczernik’. Tych którzy mało wiedzą o wspólnocie gorąco polecam poszukać informacji na jej temat. Wspólnota została założona przez siostrę Elwirę Petrozzi we Włoszech. Teraz działa w różnych miejscach na świecie. Ta chrześcijańska wspólnota powstała w celu niesienia pomocy młodym ludziom z problemami, szczególnie narkomanom. Nie chcę tu jednak opisywać wszystkiego co dotyczy tej wspólnoty, bo o tym możecie poczytać w tej książce lub gdzieś znaleźć sami.

Jednak jest coś co bardzo poruszyło moje serce. Wspólnota ma wiele reguł, które pomagają młodym wyjść z uzależnienia. Terapeutami oprócz  modlitwy – Boga są ludzie, którzy przeszli tą samą drogę wyjścia z nałogu. Osoba uzależniona trafiająca do Cenacolo trafia pod opiekę „Anioła stróża”, który tak jak osoba która przyszła przeszła tą samą drogę odstawienia. Jaka to lekcja pokory!

Wyobraźcie sobie, my ludzie wychodząc z jakiegoś uzależnienia robimy co możemy by gdzieś od tego uciec. Nie prowokować sytuacji, które będą nam przypominały o tym co przeszliśmy. Tu jednak człowiek staje jak w lustrze z człowiekiem który jest na początku drogi którą przeszliśmy. Trzeba zobaczyć na nowo siebie, pomóc komuś bez złości przejść przez tak trudny początek. Jak dla mnie to trudna droga dyskomfortu. Cenecolo uczy uczciwej pracy, więc zdarza się, że Anioł Stróż nie dość, że pilnuje na każdym kroku to jeszcze czasem musi wykonać pracę swojego podopiecznego. Być i wspierać. Trzeba przyjrzeć się sobie raz jeszcze.

We wspólnocie obowiązuje dużo zasad i na początku wydawały mi się mocno typowe. Dla przykładu: nie można posiadać zegarka, by między innymi nie odliczać ile zostało nam czasu do końca wyznaczonego zadania.

Praca, którą wykonują członkowie wspólnoty NIE jest wybierana pod kątem tego co kto potrafi. Już tłumaczę :) Jeśli jesteś piekarzem będziesz próbować budowlanki, jeśli znasz się na stolarce będziesz piec chleb. Jeśli dobrze gotujesz nauczysz się malować. Kolejny moment pozbawienia strefy komfortu znalezienia się w zupełnie nowej sytuacji gdzie z pokora musisz stanąć gotowy do nowych zadań.

I jest jeszcze coś w tej wspólnocie co myślę, że dla każdego z nas byłoby dobrym rachunkiem sumienia. Nazwałabym to roboczo „traceniem twarzy i chodzeniem na kompromisy”

Ile razy w ciągu dnia chodzimy na kompromisy? Zaniedbujemy dobro albo dopuszczamy się do małych kompromisów; udajemy że pracujemy; jeździmy bez biletu (w końcu tylko jeden przystanek); parzymy dłużej kawę w pracy  (bo trzeba omówić wszystkie ploteczki) niż to konieczne ? Siedem tysięcy razy sprawdzamy pocztę (bo może w końcu przyjdzie coś ciekawego), a przecież wystarczy tylko raz. Ile razy chodzimy w ciągu dnia idziemy na taki kompromis? Tak to nie jest grzech. Jednak jak przeczytałam o tym w tej książce, zaskoczyło mnie ile tego jest w moim życiu. Takich kompromisów, tyle ustępstw, tyle bylejakości. Przyzwyczajamy się do takich kompromisów, że przestajemy je zauważać. Osoby będące we wspólnocie Cenacolo są uczeni, żeby do takich rzeczach  przyznawać się publicznie. Osoby uzależnione jak nikt inny potrafią kłamać – w swoim nałogu przestali rozróżniać co to dobro, a co to zło.  Uczone są, więc na nowo tych granic. Wyobraźmy sobie, że codziennie mamy powiedzieć komuś jak trochę przechytrzyliśmy czas pracy sprawdzając milion razy pocztę, będąc tysiąc razy w łazience i dużo wolniej pracując, bo akurat nam się nie chciało. Może nie mamy tego robić przed naszym szefem z pracy czy wykładowcą z uczelni, ale po prostu przed Bogiem.

Nie zapomnijmy o MIŁOŚCI, którą mamy innym dawać.

O tym, że nie chodzi o to, żeby nie grzeszyć, ale o perspektywę Miłości Dobra i Uczciwości którą mamy podać dalej, każdego dnia.

 

Tu i teraz

Jednym z najtrudniejszych zadań jest po prostu BYĆ W TU I TERAZ.

Ciężko się skupić na tym co jest TU i TERAZ, bo coś nas kusi w przyszłości albo odzywa się z przeszłości.

Gdzieś nas dalej prowadzą nogi nauczone chodzić, serce gdzieś  się wyrywa. Od tak, na chwilę do tyłu albo na chwilkę do przodu. Może to takie poczucie, lekkie mrowienie w dłoniach, że to co się TU i TERAZ dzieję, to coś za mało, że jest coś jeszcze. Być tu i teraz to nie lada sztuka. Takie momenty rzadko się zdarzają. Sen niespokojny, poranek nerwowy, tydzień za szybki. Jakoś nie ma czasu na TU i TERAZ. Coś nas spowalnia lub za bardzo przyśpiesza. Gdzieś wyrywa, jakby skrywało tajemnice, że jest coś jeszcze. Coś kusi, że jutro rozwiąże nasze problemy, że jutro spełnimy marzenia, że jutro będzie inaczej. Ciągle nie zdążamy, na TU i TERAZ. Coś też kusi do tego co było. Do zaczętego przeglądania zdjęć, do przeglądania portali społecznościowych, do rozmyślań, że może trzeba było zrobić inaczej.

Kolekcjonuje momenty gdzie w pełni byłam TU i TERAZ i to właśnie one mi przypominają, że to możliwe.

Jak wtedy, kiedy małe dziecko śpi na Twoim sercu i śpi ufając, że TU i TERAZ jest bezpieczne.

Może jednak coś jest w prostych słowach rodziców, że na kłopoty najlepsza praca… W końcu ona nas sprowadza na TU i TERAZ. Może jednak coś jest w prostych słowach przyjaciela, że po prostu był dzień i minął.

Trudno mi się tego nauczyć, trudno mi polubić, trudno mi się skupić na tym TU i TERAZ.